Google+ Followers

niedziela, 8 marca 2015

Tutorial prostej tuniki

Ostatnio szyłam tylko zabawki, kosmetyczki, poduszki i kołderki, 
ale od jakiegoś czasu zatęskniłam za szyciem odzieży.
Niestety jak wiecie mam tylko jedno dziecko i nie zawsze mam modela 
do przymiarek i prezentacji moich wyrobów, ale mam nadzieję,
 że mimo to i tak się wam spodobają. 
Sukieneczka w stylu retro
Czapka dla mojego Janka. Oczywiście w czachy ;)
Dzianinowa tunika

I właśnie dziś, krok po po kroku pokarzę wam jak uszyć tę prostą tunikę,
którą z pewnością bez problemu wykona nawet bardzo początkująca krawcowa :)

Zaczynamy od ułożenia formy na tkaninie (w tym przypadku dzianinie) i tu warto podać kilka uwag. Zwróćcie uwagę czy wzór nie jest przypadkiem skierowany w jedną stronę np taki:




W takim wypadku wykrój musi być ułożony na materiale w jednym kierunku. 
Jeśli jest to dzianina zaleca się aby wykrawać elementy odzieży po długości a nie szerokości towaru, jeśli tkanina to zazwyczaj nie ma znaczenia.
W moim przypadku będę szyć z dzianiny, której wzór układa się  w różnych kierunkach, 
zatem dla zaoszczędzenia towaru, formy ułożyłam w różnych kierunkach. 



Wycinamy przód i tył z podwójnie złożonej dzianiny. Jeśli korzystamy
z gotowych szablonów (zazwyczaj z magazynów) na każdej formie powinny znajdować się linie zakończone strzałką. To kierunek w którym powinnyście ułożyć formę, zachowując jednakową odległość od brzegu, tzw. nitka prosta. Przy niektórych wzorach niezwykle ważne jest aby nie przekrzywić szablonu, bo później cała odzież może się źle układać. 
Teraz już tylko zszywanymy wszystkie szwy po lewej stronie (w moim przypadku owerlokiem), zaczynając od przodu i tyłu a następnie szwy rękawów i boków.
Na tym etapie możemy już też obrzucić dół tuniki oraz rękawy.


Teraz przystępujemy do wykończenia pod szyjką. 
Ja postanowiłam zamiast lamówki lub podwijania zastosować wykończenie ściągaczem.
Wykrojoną pliskę ściągacza zszywamy z węższej strony i kredą zaznaczamy środek. 

Teraz składamy pliskę na pół (szwem do środka) i dla ułatwienia możemy spiąć szpilkami.
Wszycie pliski zaczynamy od tyłu, przykładając szew tuniki do szwa pliski.
Wszywając pliskę do dekoltu układamy ją tak, aby szew przodu pasował do zaznaczonego przez nas kredą środka plisy. W ten sposób będziemy miały pewność, że została ona równo rozprowadzona
 i będzie się dobrze układać.


I to już prawie koniec! Zostało na tylko podwinięcie dołu i rękawków i tunika gotowa ;)

Mam nadzieję, że choć trochę pokazałam wam, że szycie nie jest trudne 
i właściwie każdy może uszyć coś dla siebie.
 Ponieważ jest to mój debiut w tutorialach bardzo proszę o wyrozumiałość i sugestie co jest dla was niejasne i czego chciałybyście się dowiedzieć. Ja natomiast postaram się sukcesywnie wprowadzać coraz bardziej zaawansowane modele i pokazać wam, jak je w miarę łatwo wykonać :)

czwartek, 5 marca 2015

Szycie wciąga jak narkotyk

Tak mnie ostatnio pochłonęło jedno z moich ulubionych - szycie,
 iż zupełnie zaniedbałam wszystko inne. Na szczęście Janek jest już przyzwyczajony, 
do tego, że często jestem zajęta i doskonale sam sobie radzi. Nawet obiadki 
nie są już tak wypieszczone jak kiedyś i pojawiają się dopiero ok. 17!
 Na szczęście do chudziutkich nie należymy więc nic nam nie będzie ;)

Głównym winowajcą mojej pasji (a może już obsesji?) są cudne tkaniny i dzianiny, które tak łatwo są teraz dostępne na rynku. Nie mogę oprzeć się pokusie aby ich nie kupować, jak tak dalej będzie to chyba otworzę sklep z tkaninami! 




Oczywiście przeraża mnie jak bardzo wydatki te rujnują mój budżet, ale to jest jak nałóg!
Pocieszające jest jednak to, iż jak zauważyłam nie jestem osamotniona w tym moim szaleństwie:)
Ostatnio bardzo modne zrobiło się szycie, szczególnie dla dzieci i z pewnością nie jest to podyktowane potrzebom zaoszczędzenia pieniędzy , gdyż niejednokrotnie wychodzi drożej niż zakup w sklepie. Ale trzeba przyznać, iż samodzielnie wykonane ciuszki na pewno będą nietuzinkowe
 i z pewnością lepszej jakości niż te tanie ze sklepu. 

Tak czy inaczej wystarczy zajrzeć na FB, aby przekonać się, że szyją już prawie wszyscy, niezależnie od wykształcenia, wieku  i umiejętności. Okazuje się bowiem, że nie zawsze jest to tak skomplikowane jakby się mogło wydawać. :)

 Ja jak już kiedyś wspominała posiadam i wykształcenie i doświadczenie, które teraz mogę z radością wykorzystać. Wiem jednak, że nie wszystkim przychodzi to tak łatwo. Nie łatwo też jest znaleźć odpowiedzi na pytania, czasem prozaiczne a czasem bardziej fachowe porady. 

Dlatego rozpoczynam nowy rozdział na moim blogu pod hasłem ,,szyć każdy może,,.
Postaram się przybliżyć wam temat szycia i wszystkiego co go dotyczy:
jaką tkaninę wybrać na konkretny ciuszek, jak postępować z tkaniną a jak z dzianiną,gdzie zakupić fajne szmatki i dodatki, jak wykroić i w końcu jak uszyć. Pokarzę jak w prosty sposób zrobić spodenki dla dziecka lub kosmetyczkę dla siebie. 

Proszę was zatem o wszystkie pytania jakie was nurtują i co chciałybyście wiedzieć o szyciu, pamiętając że nie ma głupich pytań - są tylko głupie odpowiedzi ;)
W miarę moich możliwości chętnie wam na nie odpowiem i postaram się pomóc w sztuce tworzenia czegoś nowego:) 


poniedziałek, 9 lutego 2015

Blogowa komercja

Dawno nic nie pisałam nie dlatego , że nie było o czym, ale dlatego że zraziłam się do blogów. Zbuntowałam się, oburzyłam i zniechęciłam. 
Od pewnego czasu notorycznie pojawiają się jakieś konkursy na ,,najlepsze'' blogi lub blogerów
 i od tego czasu ciągle napotykam teksty w stylu: ,,Łap się za telefon i głosuj na mnie'', 
lub ,, Jeśli jesteś moim czytelnikiem, to musisz oddać na mnie głos''. 
Nie znoszę nachalnego narzucania się i wszelkie próby nakłaniania do czegokolwiek 
wywołują u mnie niesmak (delikatnie mówiąc). 
Wiem, że w dzisiejszych czasach trzeba ludzi zachęcać i walczyć o klienta, 
ale wolałabym jednak aby robiono to poprzez dobry produkt lub usługę.
Sama prowadzę biznes i być może szłoby mi dużo lepiej gdybym zmieniła taktykę i wciskała ludziom kit w stylu ,,U mnie najlepiej'', ,,Drugiego takiego miejsca nie znajdziesz na ziemi''
 lub ,, Przyjedź do nas a my oddamy Ci kasę''. Niestety za każdym razem kiedy odbieram telefon
 od klienta przedstawiam mu faktyczny stan rzeczy, bo mam świadomość, że i tak wcześniej 
czy później będą mogli zweryfikować rzeczywisty stan rzeczy. Wiem też, że żadna nachalna reklama nie da mi tylu gości co polecenie od innego zadowolonego klienta. 
Nie potrafię chodzić od sklepu do sklepu i prosić aby ktoś wziął chociaż w komis moje produkty, bo chcę żeby moja praca była moją pasją a nie formą żebractwa. 
Zadowala mnie fakt, iż moje pracę doceniają i kupują moi goście i wierzę w to,
 że kiedyś znajdę większą rzesze odbiorców. 
Nie płacę i nie namawiam nikogo do lajkowania mojego FB, nie wstawiam komentarza za komentarz na blogach, bo nie taki była zamysł przy zakładaniu ,,Matka wymiata''.
 Chciałam przybliżyć wszystkim zainteresowanym moje doświadczenia przy prowadzeniu
 ,,Willi Esy Floresy,, jak również podzielić się ciekawymi spostrzeżeniami.
 Nie byłam jednak świadoma, że blogi już dawno przestały być forma pamiętnika, przekazem niebanalnych informacji a stały się kanałem reklamującym produkty, począwszy od mydła a skończywszy na butach. Tak samo jak nie wiedziałam, że zdobyte nagrody decydują 
o ,,być lub nie być'' dla blogera. 
Czy naprawdę nie wystarcza już, że ludzie chcą słuchać co mamy do przekazania? Że możemy swobodnie, bez zahamowań wypowiedzieć swoje przemyślenia i przeżycia? Czy my czytelnicy musimy udowadniać nasze zainteresowanie wysłanym sms-em? 
Być może moje staroświeckie poglądy sprowadzają się do tego, że nigdy nie dorobię się wielkiego majątku, ale  trudno zaryzykuję ;)

poniedziałek, 2 lutego 2015

Polubić zimę

Za zimą nie przepadam i nigdy wcześniej zimy nie lubiłam. Nie uprawiam żadnych zimowych sportów, nie znoszę mrozów, tych grubych i ciężkich ciuchów, które trzeba zimą na siebie wkładać. 
Nie lubię tych krótkich dni i niekończących się wieczorów, odśnieżania parkingu i brak słońca. 

Ale taką zimę jaka jest w tym roku jestem w stanie tolerować a nawet polubić:) 

Kiedy wczoraj rano otworzyłam oczy i zobaczyłam za moim oknem tak cudnie
 ośnieżone drzewa, biegiem wyskoczyłam z łóżka po aparat w obawie,
iż za chwilę ten obrazkowy widok może zniknąć.

Taka zima kiedy temperatura waha się w granicach od 0 do -3C i kiedy sypie albo już spadł śnieg oblepiając wszystko wokoło wygląda urokliwie, magicznie i nastrojowo.

W taką zimę jeszcze bardziej uświadamiam sobie jak cudne miejsce wybraliśmy
na swój dom i wiem, że tylko na wsi, a zwłaszcza w górach,
zima nabiera tak szczególnego uroku. 

W taką zimę nie czekam z utęsknieniem na pierwsze oznaki wiosny, nie odliczam dni do urlopu
 i nie robię zbyt wczesnych zakupów roślinek, które w połowie i tak nie doczekają wsadzenia
do gruntu, bo do tego czasu zdążą się popsuć :(. 

W taką zimę wiem, że pory roku znów różnią się od siebie nie tylko nazwą, w taką zimę chcę
i muszę podzielić się z Wami tym co mnie tak zachwyca :)

czwartek, 29 stycznia 2015

Urodziny

Od wczoraj jestem o rok starsza.
 Dzień moich urodzin skłania mnie do refleksji nad czasem, który mam już za sobą.
Czy to był dobry czas? Czy coś bym zmieniła gdybym mogła?
Nie. Zawsze staram się żyć z przesłaniem
 ,,Lepiej żałować,że się coś zrobiło, niż żałować że się czegoś nie zrobiło".
Tak jak pory raku, tak samo każdy etap w życiu człowieka ma swoje zalety
 i na swój sposób jest piękny. Dzieciństwo chyba wielu z nas kojarzy się z najpiękniejszym 
etapem naszego życia - radością, beztroską i miłością rodziców.
 Moje dzieciństwo to ustrój komunistyczny, z kolejkami w sklepach, czekoladą na kartki i przedszkolem, którego nie znosiłam. Ale to również zabawy na podwórku, cotygodniowe wyjścia do teatru lalek, oranżada w torebkach, upalne wakacje u babci na wsi i zimowe szaleństwa na sankach, kiedy śnieg sięgał do kolan:)
Później nadchodzi etap nastolatków. Dla mnie to równie radosny okres, ale też czas wielkiego buntu i próba walki o wolność i zbyt szybką dorosłość;) Pierwsze prawdziwe dyskoteki, pierwsze miłości ;), czytanie po nocach, słuchanie listy w radiowej trójce, pierwsze własnoręcznie 
wykonane kreacje odzieżowe. 
Wydawało mi się, że bycie dorosłym to same zalety, bez żadnych obciążeń typu odpowiedzialność, dojrzałość i niezależność. To bardzo trudny okres dla rodziców, również i moich ;)
Etap następny, chyba najważniejszy w życiu każdej kobiety to macierzyństwo. Czas który jest niezwykle trudny i który nigdy się nie kończy, niezależnie od wieku u dziecka. 
Ten dział życia można by podzielić na rozdziały.

Rozdział pierwszy to wiek niemowlęcy - okres kiedy młoda (niekoniecznie wiekiem) matka dopiero zaczyna uczyć się wchodzenia w nową rolę. I o dziwo okazuje się wtedy, że setki stron wyczytanych w książkach i gazetach nic nam nie dały. Że tylko miłość, instynkt macierzyński, cierpliwość i czas powiedzą nam co i jak należy robić.To również czas kiedy zaczynamy zdawać sobie sprawię jak ważni są dla nas nasi rodzice. Dopiero na własnych doświadczeniach zobaczyłam ile poświęceń, czasu i lęków trzeba przejść aby wychować dziecko. 
Później nadchodzi czas kiedy dziecko nie wymaga już opieki 24 godziny na dobę (ok. trzech lat) 
i kiedy zaczęłam powoli myśleć o sobie.

 Co dalej chciałbym robić w życiu, czym się zająć, gdzie zbudować dom?
Później już czas tak szybko ucieka, że zanim się obejrzymy nasze dziecko coraz więcej czasu spędza w swoim pokoju, używa coraz bardziej niezrozumiałych słów i ma coraz bardziej wysublimowany gust co do ubioru, muzyki, literatury.

 A ja mam coraz więcej czasu dla siebie. Coraz częściej zaczynam myśleć gdzie będę mieszkać
 i żyć za 10 lat, kiedy Janek już nie będzie z nami mieszkał (innej wersji nie biorę pod uwagę)?
 Może kupię campera i będę zwiedzać świat? A może mój biznes rozwinie się na tyle, 
że zarobię kupę szmalu i zostawię interes Jankowi a sama osiedlę się w mojej ukochanej Toskanii?  A może będę już niańczyć podrzucane na każdy weekend wnuki? 
Jedynie czego będzie mi brakować to przytulanek i ukochiwań mojego Jaśka, ale odbije sobie na M :) Zatem urodziny to nie czas na żałowanie minionego czasu, lecz czas na dobre zaplanowanie przyszłości :)

wtorek, 27 stycznia 2015

Między Słowami

Wyprowadziłam się z miasta prawie sześć lat temu i jak do tej pory nie żałuje swojej decyzji.
Zmiana była ogromna. Z najbardziej znanej i uczęszczanej ulicy w centrum Łodzi, przeprowadziliśmy się na obrzeże małego miasteczka, w miejsce gdzie samochód przejeżdża 
kilka razy na dzień.
 Pierwsza różnica jaką natychmiast odczułam był spokój i ciemność  w nocy. 
W Łodzi latem nie mogłam otworzyć okna, bo do świtu słychać było pijackie krzyki
 a od piątej rano dudniły przejeżdżające tramwaje, zaś uliczne latarnie z powodzeniem 
zastępowały mi oświetlenie w domu. 
W Rabce pierwsza noc wydawał mi się wręcz przerażająca. Wszędzie otaczająca mnie ogromna ciemność i niewyobrażalna dla mnie cisza, przerywana jedynie graniem świerszczy za oknem. 
Z czasem zamontowaliśmy kilka lamp na zewnątrz a granie świerszczy i szum traw stały się dla mnie uroczym, kojącym dźwiękiem, kojarzonym ze spokojem i sielanką. 
Chyba najbardziej polubiłam wczesne wiosenne poranki, kiedy wszyscy jeszcze śpią a ja z kubkiem świeżo zaparzonej kawy chodzę po ogrodzie i podziwiam budzące się do życia roślinki. I zachody chowającego się za górami słońca, które przybiera kolory od jasnej żółci do ciemnej purpury. 

Uwielbiam świeżo wyprane i wysuszone letnim wiatrem pranie, wylegiwanie się na leżaku po dobrze wykonanej pracy w ogródku, słodki smak dopiero co zebranych słodziutkich truskawek lub zapach zerwanej cudnej lawendy. Lubię poznawać nowych ludzi, którzy przyjeżdżają do nas w gościnę, 
piec im pyszne ciasteczka i patrzeć na rozradowane buzie dzieci.
Takich chwil codzienności, które sprawiają mi wiele radości mogłabym wymieniać jeszcze długo, chwil których w mieście nie sposób doświadczyć. 
Są jednak rzeczy których czasem mi brak. 
Brak mi mamy, przyjaciół, kina, pysznych jagodzianek od SKÓRKI i ścieżek rowerowych.
Brak mi też małych klimatycznych kawiarenek, do których tak uwielbiałam chodzić na śniadanie i/lub kawę. Niestety czasem nawet najlepsza kawa, z najlepszego ekspresu w domu, nie zastąpi tego kawiarnianego klimatu. 
Ale nie jest tak tragicznie:)
 Ponieważ mój M podziela moje zamiłowanie do tego typu knajpek, zaraz po sprowadzeniu się rozpoczęliśmy poszukiwanie ciekawych miejsc. 

Udało nam się natrafić na fantastyczną kawiarnię księgarnie MIĘDZY SŁOWAMI, która nie dość, że serwuje pyszną kawę i piwko smakowe, to jeszcze prowadzą ją cudowni młodzi ludzie. 
Co prawda z początku dziwiły nas godziny otwarcia (do 17), ale właścicielka szybko dała się przekonać, na wydłużenie czasu pracy. Ponieważ dopiero rozkręcali interes kibicowaliśmy
 im z całego serca, mając nadzieję że nie będą zmuszeni zamknąć jedynego
 sensownego miejsca w Rabce:). 
Staliśmy się stałymi bywalcami i nie ma weekendu, który odpuścilibyśmy sobie 
na wizytę u Kasi i Maćka. 

To tam możemy spokojnie usiąść, wziąć książkę do ręki i poczytać w spokoju, spróbować smaku nowego piwa lub gorącej czekolady. Tam zawsze można spotkać ciekawych ludzi, dowiedzieć się co słychać w Rabce lub odpocząć na chwilę od dziecka, które zajmie się organizowanymi przez właścicielkę warsztatami dla dzieci. Latem można posiedzieć na tarasie, pobujać się w hamaku lub posłuchać wieczornego koncertu. 
Zimą zaś rozgrzać się przy kominku z grzanym winem w ręku w towarzystwie kawiarnianego miluśkiego kotka :)

I chciałoby się tylko powiedzieć, czemu tak mało jest takich miejsc w Rabce?!

sobota, 24 stycznia 2015

Angina ropna a harmonogram

Aby przywrócić moje życie i organizm do jako takiej równowagi, od paru dni kładłam się
spać o rozsądnych godzinach. Początki były trudne. Pomimo braku wieczornej sjesty,
organizm już tak przestawił się na tryb nocny, iż o spaniu nie było mowy!
 Dopiero po dwóch dniach udało mi się przespać całą noc! No więc teraz mogłam spokojnie powrócić do swoich ulubionych zajęć, a szczególnie jednego, za którym zaczynałam
już tęsknić - szycia :). Jedynie co mnie nieco martwiło, to zaczynające się lekkie przeziębienie Janka. Ale i to zmartwienie po dwóch dniach jakby zniknęło. 
Jak się jednak okazało później nie zniknęło, tylko przyczaiło. I zaatakowało mnie!
Najpierw z ukrycia, delikatnie, niby drobny katarek, jakiś ból głowy, lekka senność i tyle.
Objawy były na tyle nieistotne, iż nawet nie przyszło mi na myśl aby bronić się zawczasu. 
Na następny dzień doszły bóle mięśni, lekkie pobolewanie gardła i brak apetytu.
Raptem poczułam się, jakby wszystkie te nieprzespane noce, siłą chciały odebrać sobie
zabrany im czas. Przespałam więc praktycznie całą niedzielę. 
Ponieważ jednak, przeczuwałam już co może się święcić, nałykałam się różnych specyfików,
 które zazwyczaj sprawiały, że dnia następnego czułam się jak nowo narodzona ;)
Jakże wielkie było moje zdziwienie kiedy rano nie tylko nie byłam zdrowa, to w dodatku,
 czułam się jakbym bardzo ostro balowała przynajmniej z tydzień, a międzyczasie spała
 na mrozie i piła lodowate napoje, które zamroziły mi głowę i gardło!
Temperatura sięgała 39,5C. Było mi na zmianę zimno i gorąco a faszerowanie lekami
dawało ulgę na max. 4 godz. i zbicie do 38,5!!! Czułam każdy mięsień ciała, zaczynając od palców stóp a kończąc na powiekach. 
Chorowanie, jak każdemu, tak i mnie nie jest obce, tym bardziej, że jako matka przy dziecku raczej nigdy nie miałam czasu na leżenie i rozczulanie się nad sobą. Brało się leki i leciało do szkoły, sklepu czy też z łopatą do odgarniania śniegu. 
Tym razem jednak nie było mowy nawet o tym aby wstać i ugotować zupinę Jakowi. 
Mój dzielny jedenastolatek dostał szkołę życia i sam od samego rana musiał szykować się do szkoły, później sam do niej iść (1,5km!). Po przyjściu ze szkoły spacer z psem, telefon do zaprzyjaźnionej knajpki po obiad i tak dalej. Szczerze mówiąc to chyba jedyna zaleta, z tego mojego chorowania :)
Niestety pech chciał, że o wizycie do lekarza nie było co marzyć wcześniej, niż dopiero trzeciego dnia od rozpoczęcia mojej choroby. Niepokoiło mnie to z jednego powodu - stan mojego gardła był już na tyle zły, iż nie było mowy o zjedzeniu czegokolwiek, ale również od dwóch dnie praktycznie nic nie piłam. Próba przełknięcia choćby śliny sprawiała wrażenie jakbym piła środek żrący do czyszczenia toalet! Odnosiłam wrażenie że moja szczelina w gardle zawęża się tak szybko, że niedługo nie będę mogła nawet oddychać! 
Ponieważ byliśmy sami z Jaśkiem bałam się, co się z nim stanie jeśli np. stracę przytomność z powodu wysokiej temperatury, lub zacznę się dusić. 
Na szczęście trzeciego dnia chorowania udało mi się dostać do lekarza. Po wstępnym przedstawieniu objawów i zajrzeniu w gardło ogłosił diagnozę. Klasyczna angina ropna.
CO?!!! To ja tyle się wycierpiałam przez jakąś głupią anginę?!!! No ale przecież brałam jakieś antybiotyki na przeziębienie, które zawsze mi pomagają, a tym razem nic!
- Tak proszę pani, bo na anginę to tylko te z grupy penicyliny i żadne inne, mogą pomóc :)
Szybko więc wzięłam wypisane recepty i udałam się do sąsiadującej z przychodnią apteką. 
Musiałam wyglądać naprawdę fatalnie, bo pani stojąca w kolejce za mną, zaproponowała abym sobie usiadła i napiła się trochę wody. (co nigdy wcześniej mnie nie spotkało)

Dwa dni od rozpoczęcia kuracji jestem zupełnie jak nowa :)
Czemu jednak nawiązuję tu do poprzedniego postu? Otóż, ponieważ ostanie całe cztery doby spędziłam głównie na spaniu i znowu chcąc nie chcąc należę do szacownego grona ,,nocnych marków,,. I znowu moje plany organizacyjne wzięły w łeb! I znowu muszę poprzestawiać sobie dzień z nocą! Tylko czy się opłaca? Przecież za trzy tygodnie ferie zimowe i znowu wolne....


czwartek, 22 stycznia 2015

Słownik słów nieoswojonych - ,,harmonogram,,

Organizacja czasu i pracy to umiejętność, której ogromnie pożądam,
 a która jest dla mnie nieosiągalna. 
Moja głowa ciągle jest pełna nowych pomysłów na biznes, życie, czas wolny i takie tam...
Niestety jeśli jakiś projekt szybko nie zostaje wdrożony w życie, po jakimś czasie przestaje mnie już interesować i natychmiast zajmuję się czym innym. Chyba że wdrożenie tego planu wymagało ode mnie wcześniej poniesionych dużych nakładów: pracy, czasu lub funduszy - wtedy jest duże prawdopodobieństwo, że powrócę do jego kontynuacji. 

Ubolewam nad tym od zawsze, bo ciągle mam wrażenie, że masę ciekawych realizacji 
gdzieś mi umknęło :(
 I dlatego w tym roku postanowiłam wziąć się w garść i bardziej produktywnie organizować 
sobie czas. Zaczęłam od zapisywania planu dnia, który zamierzałam skrupulatnie przestrzegać
 i może by się nawet udało gdyby nie okres świąteczny!
Tak, Święta miały bardzo duży wpływ na mój sposób funkcjonowania od początku 2015r. 
Czas wolny od szkoły, który trwał prawie trzy tygodnie, dał mi luksus spania do godziny,
 która mi pasowała. A ponieważ zdecydowania należę do tzw ,,nocnych marów,, godzina ta z dnia na dzień przesuwała się coraz bliżej południa. Stanęło na tym, że mój dzień zaczynał się ok. 12 a kończył ok. 3 !!! I niby nic w tym złego, ale wolne nie twa wiecznie a Janka, mimo iż już dzidziusiem nie jest do szkoły trzeba rana odprawić. No i od stycznia zaczął się kocioł! 
Sypiałam w nocy po  4 godz. więc w dzień chodziłam jak ZOMBIE. W końcu ok. 18 padałam ze zmęczenia, po czym o 20 budziłam się i znowu siedziałam do 3! I tak to trwało przez kolejne dwa tygodnie. Mój plan dnia w większości brał w łeb, bo nie dość, że ciągle chodziłam nie wyspana, to dzień jakby automatycznie podzielił mi się na dwa - od rana do 18 i od 21 do 3 rano.

Już planowałam dokonać następnych zmian, poprzez pozbawienie się wieczornych drzemek, co z kolei miało zaprocentować mocnym i długim snem przez całą noc, ale przyzwyczajenie i nagły zwrot wydarzeń znowu pokrzyżowały mi plany ;)
c.d.n....    ;)


czwartek, 15 stycznia 2015

Odnalezione pasje

Moje pasje, hobby, zainteresowania lub jakkolwiek bym tego nie nazwała dają mi masę radości, satysfakcji i energii. Mam ich tak dużo, iż czasami żałuję, że doba ma tylko 24 godziny. 
Ale chyba moją największą pasją jest szycie i to o niej Wam dzisiaj opowiem.

Szyciem zainteresowałam się już będąc małą dziewczynką. Moje dzieciństwo to komuna, czasy kiedy w sklepach na pułkach był tylko ocet i ser żółty. Wszystko inne można było zdobyć tylko dzięki znajomością lub wystawaniem w długich kolejkach. 
Jednak jako mała dziewczynka byłam szczęśliwą posiadaczka kilku lalek, które niestety nie miały zapasowych ubranek! 
POTRZEBA MATKA WYNALAZKU.
 Cóż więc było robić, kilka starych szmatek, chusteczek i już byłam w jednej osobie i projektantka 
i szwaczką. 
Następne moje, już nieco poważniejsze prace powstawały w szkole podstawowej. Korzystając ze starej maszyny mamy potrafiłam uszyć prostą bluzkę lub spódniczkę własnego projektu. 
Ciuszki te były na tyle dobre, iż po jakimś czasie moja mama została wezwana do szkoły z pytaniem dlaczego wydaje tyle kasy na strojenie córki! I nic nie pomogły tłumaczenia, że sama jestem autorką i wykonawcą tychże ubrań. 
Najbardziej poważną i niezapomnianą kreację uszyłam na bal z okazji zakończenia szkoły podstawowej (wtedy podstawówka miała 8 klas). Pamiętam, że była z prześcieradła, które musiałam metodą chałupnicza ufarbować na kolor zielony, miała mnóstwo falbanek i składała się z bluzki i spódniczki. Byłam z niej niezwykle dumna:)
Już wtedy wiedziałam czym będę się zajmować w dorosłym życiu.

Wiele lat później niezależnie od tego co robiłam, zawsze kiedy brakowało mi kasy, bez problemu mogłam szybko zarobić na szyciu. 
Przyszedł jednak czas, kiedy nastąpił przesyt. Szycie przestało mnie kompletnie bawić
 i sprawiać przyjemność, na bardzo długo. 
Dopiero od 5 lat poczułam znów wenę twórczą, która trwa nadal do dziś. Znów wymyślając i tworząc czuje się jak ta mała dziewczynka ubierająca lalki, z tą różnicą, że dziś nie muszę już sama farbować tkanin ;)

Dziś tkaniny są tak kolorowe, mięciutkie i cudne, że nie potrafię się im oprzeć. Kupuje tonami, ciągle zabierając i tak już ograniczona przestrzeń w moim domu. Kosztują majątek uszczuplając i tak już skromny mój portfel, Wybieranie, oglądanie i kupowanie ich, zabiera mi mnóstwo czasu, którego i tak mam już zdecydowanie za mało. Ale to silniejsze ode mnie! Uwielbiam kupować, zastanawiać się która na co się na da, a potem tworzyć piękne cudeńka. 

Zatem kupuję, wymyślam, szyję. I nie robię tego bo coś potrzebuję, bo zarabiam tym na życie, bo dziecko nie mam  w czym chodzić. Po prostu lubię szyć. Tym bardziej więc cieszę się, że moi klienci z Esów Floresów chcą kupować te moje ,,arcydzieła,, bo w ten sposób robi się miejsce na nowe ;)

poniedziałek, 12 stycznia 2015

KOMINEK

Na samym początku śpieszę poinformować fanów blogera KOMINEK 
(swoją drogą ciekawe czemu taka nazwa bloga - przekornie?), że tym razem nie o nim będzie mowa! Wszystkim rozczarowanych zatem serdeczne sorry ;)

Choć podobno ostatnio o nim głośno, to u mnie będzie o kominku prawdziwym. Tym co daje ciepło, ładnie wygląda i wprowadzam miły nastrój w pomieszczeniu :)
Decyzja o kupnie i zamontowaniu kominka, była jedną z tych, z których jestem bardzo zadowolona.
Niestety nie byłam ta szczęściarą, która wraz z nabyciem domu wzbogaciła się również o kominek. Mało tego usytuowanie pomieszczeń i fakt, że większość budynku została przejęta na rzecz Esów Floresów, bardzo ograniczała możliwości zamontowania go w dogodnym, a przede wszystkim bezpiecznym miejscu. No ale, dla chcącego nic trudnego, nie ma że się nie da, trzeba tylko chcieć i...
  takie tam sprawiły, że po latach starań mam upragniony kominek. 

Oczywiście oprócz trudności technicznych dochodziły jeszcze narzekania bliskich mi niedowiarków: - Kto ci będzie w nim palił? - Następny klamot, który będzie ograniczał przestrzeń! - Kto drzewo porąbie? - Dziecko zaczadzisz! 
Tak czy inaczej kominek stoi. Śliczny czerwony, wypasiony.
Wybierałam go 2 lata! Bo wymagania mam niemałe, to musiał być ładny, nie za duży, dobrej jakości, niezbyt drogi, no i ogrzać przynajmniej te 50 m :)
Na początku miał być taki, który rozprowadza ciepło przez grzejniki. Okazało się jednak, 
 że technicznie to bardzo skomplikowane, że musiałby być schowany w ścianie
 (a ja uparłam się na tzw. kozę), że trzeba by przerabiać całą instalację! Za dużo kombinowania. 
Tak jedynie co musiałam zrobić, to pozbyć jednego ważnego, 
ale za to bardzo uciążliwego sprzętu i zrobić miejsce na ścianie. 
Kominek zatem zakupiłam, specjalista od podłączeń przyszedł i..., no właśnie. Stwierdził, że do tego komina podłączyć się nie da! (NIE ZNOSZĘ TEGO SŁOWA) Bo nie jest przystosowany!
Oczywiście dało się, za drobną dopłatą 3000 zł!!!
No więc jest. Taki cudny, ciepły, milutki. Uwielbiam rozpalać w nim ogień, to taki cały rytuał, a później wieczorkiem kiedy wszyscy już śpią usiąść wygodnie w fotelu i poczytać książkę lub posurfować w sieci. Nie przeszkadza mi, że muszę przynieść drewno, że czasami się nabrudzi lub nakopci, to wszystko nic w porównaniu z nastrojem jaki wprowadza w domu! 
No i jeszcze jedna zaleta, która najbardziej docenia mój M - znaczne oszczędności w opłatach za ogrzewanie gazem. 
Zatem jeśli ktokolwiek z Was zastanawiał się, czy zainstalować kominek, zdecydowanie doradzam :)



Książka - przyjaciel czy wróg?


Książka dla mnie? - przyjaciel, dla Janka? - wróg. 
Mój jedynak nie lubi czytać!
 Dla kogoś, komu książki towarzyszyły w życiu zawsze, jest to nie do pojęcia! 
Odkąd tylko pamiętam czytałam mu książeczki, w nadziei, że kiedy zacznie chodzić do szkoły, sam chętnie będzie sięgał po literaturę. 
Nadzieja matką głupich! Owszem i dziś czasem posłucha jak ktoś lub coś mu poczyta, ale żeby sam? Przecież książki to taka nuda, marnowanie czasu a w ogóle po co to komu?...
Ale ja jestem twarda baba i nie poddaje się. Zatem co i rusz wyszukuje i kupuje nowe pozycje w nadziei, że w końcu polubi czytać. Czasami nawet udaje mi się trafić na jakąś, po którą Janek chętnie sięga i do której nawet często powraca! 
Ponieważ dla mnie to niebywałe wydarzenie ;), postanowiłam dziś jedną z tych książek Wam przybliżyć. 
Powieść nosi tytuł ,,PLAYER ONE'' - Ernest Cline
Pozycja bardzo mało znana, zakupiona w księgarni z przeceny!
Ale od początku.... 
Mój M książki słucha w podróżach, w ilościach kosmicznych. I raz jadąc z nim samochodem zupełnie mimowolnie zaczęłam słuchać słów wydobywających się z odtwarzacza MP3. Już po kilku odsłuchanych zdaniach wiedziałam, iż koniecznie muszę tę książkę nabyć w formie papierowej! 
(jakoś nie przemawiają do mnie audiobooki). A po kilku następnych wiedziałam również, że ta książka będzie jedną z ulubionych Janka. 
Jeszcze tego samego dnia stałam się szczęśliwą posiadaczką tejże powieści.
Od przyjazdu do domu, aż do ukończenia książki byłam nieobecna dla nikogo. 
Zdawałam sobie sprawę, że nie będzie łatwo zachęcić moje dziecię tak po prostu do czytania więc dla zachęty zaczęłam czytać mu na głos;)
Mój sprytny plan wypalił! Jaśka pochłonęła książka tak bardzo jak i mnie :)
Czytaliśmy na zmianę z otwartymi buziami i takim przejęciem, jakiego jeszcze nie widziałam u mojego dziecka przy czytaniu jakiejkolwiek lektury!

Ale teraz trochę o samy PLAYER ONE
Pozycja dedykowana jest raczej dla młodzieży, no i oczywiście ludzi ,,młodych duchem,, :)
Akcja rozgrywa w przyszłości, w 2044r. a bohaterem jest nastoletni chłopak, którego jak w większości żyjących w tych czasach ludzi,  życie wirtualne dominuje nad życiem realnym. 
I wbrew temu co pomyślicie nie ma w tym nic złego, gdyż kryzys energetyczny, zmiany klimatyczne oraz liczne wojny doprowadziły świat do ruiny. Wszędzie panował głód, ubóstwo i choroby. Jedynym czynnikiem, który trzymał ludzi przy życiu był alternatywny, wirtualny świat OASIS. Świat, w którym dzieci mogą zdobywać wykształcenie w wirtualnych szkołach, spotykać przyjaciół bez narażania się na niebezpieczeństwa a nawet zarabiać pieniądze, które później można wydać na przykład na żywność w świecie realnym!
 Świat, w którym żyła i z którego korzystała cała ludzkość. 
Jak można się domyślić, wynalazca i założyciel OASIS, w bardzo niedługim czasie stał się najbogatszym człowiekiem na ziemi! Ale niestety umiera pozostawiając po sobie cały majątek i przesłanie, a właściwie zadanie, dla wszystkich graczy wirtualnego świata. 
I tu zaczyna się cała zabawa! Okazuje się bowiem, że Halliday - bo tak się nazywał ów wynalazca - był nie tylko geniuszem w świecie komputerowym, ale także niezłym,, jajcarzem''. Przed śmiercią więc nagrał swój ,,spot reklamowy,, z informacją, iż w OASIS zostało ukryte ,,wielkanocne jajo,, i aby je odnaleźć należy przejść kilka etapów. Zwycięzca, który jako pierwszy odnajdzie ukryty skarb dostanie cały jego majątek i panowanie nad OASIS! 
No i teraz możecie sobie wyobrazić co się dzieje...
Zaczyna się wyścig w poszukiwaniu jaja, w którym udział bierze niemal każdy.
Wyścig który dzieli wirtualną społeczność na grupy, niemalże doprowadzając do wojen. Wyścig, który trwa kilka lat i zagraża życiu nie tylko w świecie wirtualnym.

Dla mnie osobiście nie bez znaczenia jest fakt, iż autor książki do świata OASIS wprowadził wiele wątków z lat 80, przedstawiając Hallidaya jako fana gier i filmów z tamtych lat :)
I tyle na temat samej książki. Więcej nie napiszę mając nadzieję, że sami zechcecie przeczytać co stało się z bohaterem i wielkanocnym jajem .
Jeśli zatem macie w rodzinie nastolatków, zaproponujcie im tę pozycję, jako godną polecenia. 
Wam też zdecydowanie doradzam, niezależnie od wieku w jakim jesteście :)
Dla mnie, PLAYER ONE :)





sobota, 10 stycznia 2015

Są takie dni kiedy mam ochotę wyemigrować!

Długo zastanawiałam się czy napisać ten artykuł.
M mówił daj sobie spokój, prowadzisz interes, masz kontakty z ludźmi, nie poruszaj takich tematów. Może ci to zaszkodzić. W pewnych kwestiach i na pewnych stanowiskach trzeba być neutralnym.
Wszystko to prawda, ale w takim razie po co mi blog? Przecież  miał być mój osobisty.
To tu miałam wyrażać swoje spostrzeżenia, przemyślenia, frustracje i podziwy.
Poza tym nie byłabym sobą, gdybym dla zachowania pozorów musiała zamilknąć
- bo tak trzeba, tak wypada.
Zatem wyrażam tu wszem i wobec moją złość, zażenowanie i ogromny wstyd za niektórych moich rodaków. Nie mogę wyjść ze zdumienia jak inicjatywa, która wzbudza podziw na całym świecie u nas staje się powodem do narzekań, oskarżeń lub nawet robienia sobie ,,przy okazji,, popularności.
Nie interesuje mnie zdanie, poglądy i sumienia innych w tym temacie. Jeśli nie czują takiej potrzeby niech nie pomagają i nie robią nic. Mogą nawet odmówić korzystania z pomocy w razie takiej potrzeby. Ich zdrowie, życie i ich sprawa.
Ale nie życzę sobie, żeby mi mówili co jest dla mnie i mojej rodziny dobra a co złe.
A już na pewno nie życzę sobie aby ktoś mówił mi co mam robić ze swoimi pieniędzmi!
Jeśli mi się zechce mogę je spalić w moim pięknym kominku, rozdać ubogim, przebalować w tydzień,  nakupić Jaśkowi gier aż po suit (ach, mogłabym tak długo....) lub wspomóc WOŚP.
Moja sprawa i NIKOMU NIC DO TEGO!
 Mam syna i kocham go miłością bezgraniczną, i na szczęście jest zdrowy.
 Jednak jak każde urodzone w tym kraju korzystało już ze sprzętu ufundowanego przez WOŚP i pewnie jeszcze nie raz skorzysta.
Nie jestem dzieckiem i zdaje siebie sprawę z tego, iż to państwo powinno nam zagwarantować podstawową opiekę zdrowotną, ale niestety tak nie jest!!! I co w takim wypadku mam siedzieć bezczynnie i czekać co przyniesie los?
 Jeśli nie przyjęli by  mnie z bardzo chorym dzieckiem do lekarza przykuła bym się do kaloryfera (kiedyś mało brakowało), jeśli lekarz odmówił by zbadania dziecka pogryzę! Jeśli kiedykolwiek zaszła by taka potrzeba sprzedałabym ostatnią koszulę a jeśli trzeba byłoby nawet duszę bogu
(lub diabłu), gdyby to mogło uratować moje dziecko.
Nie mogę patrzeć jak maleńkie istotki walczą o życie w inkubatorach, jak przedszkolaki, nic nie rozumiejące maluchy leżą w łóżkach szpitalnych zamiast szaleć na podwórkach, jak uczniowie szkół mówią jak wiele by oddali by móc znów chodzić do szkół, tak znienawidzonych przez ich zdrowych rówieśników. Pytam więc, jak ktoś może w jakikolwiek sposób podważać słuszność tej inicjatywy?
Jak można zachęcać ludzi aby przestali pomagać innym? Jak można być tak wyrachowanym i pozbawionym współczucia dla innych?
 Nie interesują mnie pobudki jakimi się kierują, niech tylko swoje poglądy głoszą w swoich domach!!!
Pytam też dlaczego, jeśli jak twierdzą, tak bardzo dbają o interesy innych, nie zainteresują się tymi wszystkimi staruszkami, które całe emerytury zanoszą do kościoła? Czemu nic nie mówią o pijakach, którzy nagminnie dostają zasiłki rodzinne i natychmiast zostawiają w najbliższych sklepach monopolowych, okradając przy tym państwo i każdego z nas? Czemu nikt  nie wspomni o tysiącach młodych ludzi, którzy pobierają renty rodzinne a tryskają zdrowiem (rodzą po pięcioro dzieci i zasuwają w polu).? O wszystkich rolnikach, którzy mają po 10 hektarów ziemi
 i maszyny po 100.000 zł a płacą ZUS po 200 -300 zł, gdy ja niejednokrotnie nie mając żadnego dochodu w miesiącu muszę płacić 1000 zł? Wszyscy ci okradają mnie naprawdę i na to nie mam żadnego wpływu!!!
 Podkreślam więc raz jeszcze, że jeśli mogę w jakikolwiek sposób pomóc chorym dzieciom zrobię to, a już na pewno będę wspierać kogoś kto robi to na tak wielką skalę jak WOŚP.
Jeśli jest ktoś kto ma takie poglądy jak ja zachęcam do udziału w licytacji
wystawionej przeze mnie oferty noclegowej.
Oczywiście cały dochód zostanie przeznaczony na WOŚP :)

http://aukcje.wosp.org.pl/weekend-w-rabce-zdroj-willa-esy-floresy-i1265798


środa, 7 stycznia 2015

Dziecko też potrafi. Spaghetti carbonara.

Od czasu, do czasu zaganiam moje dziecię do roboty :)
Tym razem na obiad było spaghetti carbonara, ostatnio jedno z moich ulubionych dań.


O dziwo, tak naprawdę po raz pierwszy przygotowałam je dopiero rok temu, będąc we Włoszech.
Każdy, kto choć raz był w tym kraju wie, iż pasta, warzywa i pizza,
 to główne potrawy serwowane w restauracjach i domach.
 Mięso spożywa się tam sporadycznie a ceny mięs są zdecydowanie wyższe niż w Polsce.
Często stołowaliśmy się w pobliskich knajpkach, więc miałam okazję popróbować wiele włoskich potraw. Jednak w tym czasie, to właśnie carbonara przypadła mi do gustu najbardziej.

Ponieważ tym razem nocowaliśmy w camperze z pełnym wyposażeniem, nie stało nic na przeciwko aby spróbować swoich sił i pokusić się na własnoręczne przygotowanie, tej prostej potrawy.
Potrzebne składniki można zakupić w każdym nawet najmniejszym włoskim sklepiku, włączając w to nawet specjalną śmietanę carbonara oraz już pocięty becon :)


Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Nawet Janek, który nie znosi nowych smaków, a z makaronu to tylko bolognese, stwierdził że to najlepszy makaron jaki jadł!
I tak oto danie przeszło do stałego repertuaru w naszym domu, a serwowany wielokrotnie zdobył już sobie rzeszę sympatyków:)

Dziś mieliśmy prawdziwie włoską, bo z samodzielnie przygotowaną pastą, ale równie dobrze nadaje się kupny makaron nitki.

Przepis na makaron:
.
Dla 3 osób ok. 300g mąki (najlepiej 00) i 3 jajka
Na każde 100g mąki przypada 1 całe jajko
Mąkę wysypujemy na stolnicę, w środku tworzymy dołek i wbijamy jajka.
Ciasto ugniatamy na gładką masę, jeśli jest zbyt zbite dolewamy troszkę ciepłej wody.


Po wyrobieniu wałkujemy na bardzo cienkie plastry i wykrawamy cienki makaron (najlepiej maszynką).


Gotujemy wodę i do wrzątku wsypujemy sól a chwilę później makaron.
Spaghetti wyjmujemy zaraz po wypłynięciu na wierzch (al dente).
I już :)



Przepis na carbonarę:
składniki:
200g - boczek lub bekon
1/2 - cebuli
2 - ząbki czosnku
100ml - białego wina (wytrawne, półwytrawne)
200ml - śmietana 30%
1 -2 łyżki sera parmezan

Na patelni podpiekamy drobno pokrojony boczek lub bekon, (można podlać oliwą, ja tego nie robię) dodajemy posiekaną cebulkę i po kilku minutach pokrojony czosnek.

Smażymy jeszcze chwilkę i podlewamy winem.
Śmietanę mieszamy z 2 żółtkami i 1 całym jajkiem oraz serem.
Kiedy wino odparuje dodajemy do patelni ugotowany makaron. Całość podlewamy jajeczną mieszanką i wszystko razem jeszcze chwilkę smażymy na patelni.


I tu trzeba uważać, aby nie za długo trzymać (nie zrobić jajecznicy z makaronem.)
Wystarczy dosłownie 2 -3 nim i gotowe :)
Można posypać natka pietruszki i startym parmezanem

SMACZNEGO :)


wtorek, 6 stycznia 2015

Mój wkład w WOŚP

Odkąd prowadzimy Esy Floresy, to zawsze w styczniu bierzemy udział w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. 
Kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Łodzi, to chodziliśmy na zorganizowane w tym dniu imprezy,
 aby tam wrzucić pieniążka do puszki. 
Tutaj jednak nie ma takich widowisk a i nie zawsze chce nam się akurat w ten dzień 
wychodzić z domu, więc pomyślałam, że to będzie taki mój 
wkład w pomoc dla naszych milusińskich.
(Bo wszystkie dzieci nasze są :))
I co roku wystawiam na aukcji weekend w moich Esach Floresach. 


Jak do tej pory nie zawiodłam się na ludziach, którzy hojnie brali udział w licytacji. 
Mam nadzieję, że i w tym roku przyłączycie się i razem wniesiemy nasz wkład w tę wielką inicjatywę jaką jest WOŚP :)

A TO LINK DO STRONY Z AUKCJI :

http://aukcje.wosp.org.pl/weekend-w-rabce-zdroj-willa-esy-floresy-i1265798


niedziela, 4 stycznia 2015

Śnieg w górach? To wcale nie takie oczywiste ;)

Kiedy kupowaliśmy dom z myślą o wynajmowaniu pokoi, wybraliśmy rejon górski z dwóch powodów. Po pierwsze nieruchomości tu są zdecydowanie tańsze, niż nad morzem, po drugi sezon miał trwać zdecydowanie dłużej. 
Szczerze mówiąc liczyłam się nawet z tym,że latem może być problem z turystami, ale na pewno nie zimą. Pierwsze otwarcie przypadło na okres letni i byłam bardzo zdziwiona ogromnym zainteresowaniem pokojami na wakacje. Oczywiście zdziwiona i zachwycona :)
Myślałam, że jeśli latem ludzie wyjeżdżają w góry, to co dopiero zimą!


No niestety tak nie jest :( 
Zimą o powodzeniu w tym interesie decyduje w 90 % pogoda, a właściwie śnieg.
 Brak śniegu może bardzo skutecznie uniemożliwić wynajem pokoi, niezależnie od tego, jak wysoki standard zaproponujemy gościom. 
Pierwsza zima na szczęście okazała się obfita w śnieg.
W następną śnieg spadł na początku i tak się utrzymał przez kolejne 2 tygodnie, 
ale za to temperatura spadała do 20-25 C ;). Potem znowu spadł śnieg, potem znowu wielki mróz...


 Ale już z każdym kolejnym rokiem było coraz gorzej. Dwa lata temu jesień trwała do grudnia (na przełomie listopada i grudnia było  + 12-15C) a wiosna zaczęła się w lutym. W tym czasie śnieg leżał prze tydzień ! Wszystkie stoki z uwagi na wysokie temperatury nie działały. 
Dla mnie to super, bo ja za zimą nie przepadam, a szczególnie taką mroźną, no ale turyści chyba raczej odwrotnie, bo niewiele ich w Rabce było. 


My zawsze kiedy rozpoczyna się sezon zimowy i spada pierwszy śnieg bierzemy z Jankiem sanki i śmigamy z górki, którą M kilka lat temu stworzył właśnie do tego celu. 
Bo pomimo tego, że mieszkamy w górach okazało się, że znaleźć miejsce do zjeżdżania na sankach nie jest takie proste. Na stokach nie wolno, na polach nie wiadomo czy wolno, więc my mamy własną osobistą górkę i sprawdza się doskonale :)
W tym czasie rozpalam też ogień w ogrodowym grilu i kiedy zmarzniemy idziemy ugrzać ręce a na koniec posilamy się gorącą kiełbaską.


W tym roku, przynajmniej na razie, zapowiada się super. Śnieg spadł już w drugi dzień świąt i do tej pory jest. Co go trochę ubędzie, to znowu napada. I tak już drugi tydzień. 
Do tego temperatura też jest bardzo przyzwoita, nawet w nocy nie spada poniżej 10 C. 
Świat obsypany białym puchem wygląda tak romantycznie i zachęcająco, 
że aż chce się wyjść z domu :)
Mam nadzieję, że w tym i przyszłym roku śniegu zimą nam nie zabraknie.