Google+ Followers

niedziela, 8 marca 2015

Tutorial prostej tuniki

Ostatnio szyłam tylko zabawki, kosmetyczki, poduszki i kołderki, 
ale od jakiegoś czasu zatęskniłam za szyciem odzieży.
Niestety jak wiecie mam tylko jedno dziecko i nie zawsze mam modela 
do przymiarek i prezentacji moich wyrobów, ale mam nadzieję,
 że mimo to i tak się wam spodobają. 
Sukieneczka w stylu retro
Czapka dla mojego Janka. Oczywiście w czachy ;)
Dzianinowa tunika

I właśnie dziś, krok po po kroku pokarzę wam jak uszyć tę prostą tunikę,
którą z pewnością bez problemu wykona nawet bardzo początkująca krawcowa :)

Zaczynamy od ułożenia formy na tkaninie (w tym przypadku dzianinie) i tu warto podać kilka uwag. Zwróćcie uwagę czy wzór nie jest przypadkiem skierowany w jedną stronę np taki:




W takim wypadku wykrój musi być ułożony na materiale w jednym kierunku. 
Jeśli jest to dzianina zaleca się aby wykrawać elementy odzieży po długości a nie szerokości towaru, jeśli tkanina to zazwyczaj nie ma znaczenia.
W moim przypadku będę szyć z dzianiny, której wzór układa się  w różnych kierunkach, 
zatem dla zaoszczędzenia towaru, formy ułożyłam w różnych kierunkach. 



Wycinamy przód i tył z podwójnie złożonej dzianiny. Jeśli korzystamy
z gotowych szablonów (zazwyczaj z magazynów) na każdej formie powinny znajdować się linie zakończone strzałką. To kierunek w którym powinnyście ułożyć formę, zachowując jednakową odległość od brzegu, tzw. nitka prosta. Przy niektórych wzorach niezwykle ważne jest aby nie przekrzywić szablonu, bo później cała odzież może się źle układać. 
Teraz już tylko zszywanymy wszystkie szwy po lewej stronie (w moim przypadku owerlokiem), zaczynając od przodu i tyłu a następnie szwy rękawów i boków.
Na tym etapie możemy już też obrzucić dół tuniki oraz rękawy.


Teraz przystępujemy do wykończenia pod szyjką. 
Ja postanowiłam zamiast lamówki lub podwijania zastosować wykończenie ściągaczem.
Wykrojoną pliskę ściągacza zszywamy z węższej strony i kredą zaznaczamy środek. 

Teraz składamy pliskę na pół (szwem do środka) i dla ułatwienia możemy spiąć szpilkami.
Wszycie pliski zaczynamy od tyłu, przykładając szew tuniki do szwa pliski.
Wszywając pliskę do dekoltu układamy ją tak, aby szew przodu pasował do zaznaczonego przez nas kredą środka plisy. W ten sposób będziemy miały pewność, że została ona równo rozprowadzona
 i będzie się dobrze układać.


I to już prawie koniec! Zostało na tylko podwinięcie dołu i rękawków i tunika gotowa ;)

Mam nadzieję, że choć trochę pokazałam wam, że szycie nie jest trudne 
i właściwie każdy może uszyć coś dla siebie.
 Ponieważ jest to mój debiut w tutorialach bardzo proszę o wyrozumiałość i sugestie co jest dla was niejasne i czego chciałybyście się dowiedzieć. Ja natomiast postaram się sukcesywnie wprowadzać coraz bardziej zaawansowane modele i pokazać wam, jak je w miarę łatwo wykonać :)

czwartek, 5 marca 2015

Szycie wciąga jak narkotyk

Tak mnie ostatnio pochłonęło jedno z moich ulubionych - szycie,
 iż zupełnie zaniedbałam wszystko inne. Na szczęście Janek jest już przyzwyczajony, 
do tego, że często jestem zajęta i doskonale sam sobie radzi. Nawet obiadki 
nie są już tak wypieszczone jak kiedyś i pojawiają się dopiero ok. 17!
 Na szczęście do chudziutkich nie należymy więc nic nam nie będzie ;)

Głównym winowajcą mojej pasji (a może już obsesji?) są cudne tkaniny i dzianiny, które tak łatwo są teraz dostępne na rynku. Nie mogę oprzeć się pokusie aby ich nie kupować, jak tak dalej będzie to chyba otworzę sklep z tkaninami! 




Oczywiście przeraża mnie jak bardzo wydatki te rujnują mój budżet, ale to jest jak nałóg!
Pocieszające jest jednak to, iż jak zauważyłam nie jestem osamotniona w tym moim szaleństwie:)
Ostatnio bardzo modne zrobiło się szycie, szczególnie dla dzieci i z pewnością nie jest to podyktowane potrzebom zaoszczędzenia pieniędzy , gdyż niejednokrotnie wychodzi drożej niż zakup w sklepie. Ale trzeba przyznać, iż samodzielnie wykonane ciuszki na pewno będą nietuzinkowe
 i z pewnością lepszej jakości niż te tanie ze sklepu. 

Tak czy inaczej wystarczy zajrzeć na FB, aby przekonać się, że szyją już prawie wszyscy, niezależnie od wykształcenia, wieku  i umiejętności. Okazuje się bowiem, że nie zawsze jest to tak skomplikowane jakby się mogło wydawać. :)

 Ja jak już kiedyś wspominała posiadam i wykształcenie i doświadczenie, które teraz mogę z radością wykorzystać. Wiem jednak, że nie wszystkim przychodzi to tak łatwo. Nie łatwo też jest znaleźć odpowiedzi na pytania, czasem prozaiczne a czasem bardziej fachowe porady. 

Dlatego rozpoczynam nowy rozdział na moim blogu pod hasłem ,,szyć każdy może,,.
Postaram się przybliżyć wam temat szycia i wszystkiego co go dotyczy:
jaką tkaninę wybrać na konkretny ciuszek, jak postępować z tkaniną a jak z dzianiną,gdzie zakupić fajne szmatki i dodatki, jak wykroić i w końcu jak uszyć. Pokarzę jak w prosty sposób zrobić spodenki dla dziecka lub kosmetyczkę dla siebie. 

Proszę was zatem o wszystkie pytania jakie was nurtują i co chciałybyście wiedzieć o szyciu, pamiętając że nie ma głupich pytań - są tylko głupie odpowiedzi ;)
W miarę moich możliwości chętnie wam na nie odpowiem i postaram się pomóc w sztuce tworzenia czegoś nowego:) 


poniedziałek, 9 lutego 2015

Blogowa komercja

Dawno nic nie pisałam nie dlatego , że nie było o czym, ale dlatego że zraziłam się do blogów. Zbuntowałam się, oburzyłam i zniechęciłam. 
Od pewnego czasu notorycznie pojawiają się jakieś konkursy na ,,najlepsze'' blogi lub blogerów
 i od tego czasu ciągle napotykam teksty w stylu: ,,Łap się za telefon i głosuj na mnie'', 
lub ,, Jeśli jesteś moim czytelnikiem, to musisz oddać na mnie głos''. 
Nie znoszę nachalnego narzucania się i wszelkie próby nakłaniania do czegokolwiek 
wywołują u mnie niesmak (delikatnie mówiąc). 
Wiem, że w dzisiejszych czasach trzeba ludzi zachęcać i walczyć o klienta, 
ale wolałabym jednak aby robiono to poprzez dobry produkt lub usługę.
Sama prowadzę biznes i być może szłoby mi dużo lepiej gdybym zmieniła taktykę i wciskała ludziom kit w stylu ,,U mnie najlepiej'', ,,Drugiego takiego miejsca nie znajdziesz na ziemi''
 lub ,, Przyjedź do nas a my oddamy Ci kasę''. Niestety za każdym razem kiedy odbieram telefon
 od klienta przedstawiam mu faktyczny stan rzeczy, bo mam świadomość, że i tak wcześniej 
czy później będą mogli zweryfikować rzeczywisty stan rzeczy. Wiem też, że żadna nachalna reklama nie da mi tylu gości co polecenie od innego zadowolonego klienta. 
Nie potrafię chodzić od sklepu do sklepu i prosić aby ktoś wziął chociaż w komis moje produkty, bo chcę żeby moja praca była moją pasją a nie formą żebractwa. 
Zadowala mnie fakt, iż moje pracę doceniają i kupują moi goście i wierzę w to,
 że kiedyś znajdę większą rzesze odbiorców. 
Nie płacę i nie namawiam nikogo do lajkowania mojego FB, nie wstawiam komentarza za komentarz na blogach, bo nie taki była zamysł przy zakładaniu ,,Matka wymiata''.
 Chciałam przybliżyć wszystkim zainteresowanym moje doświadczenia przy prowadzeniu
 ,,Willi Esy Floresy,, jak również podzielić się ciekawymi spostrzeżeniami.
 Nie byłam jednak świadoma, że blogi już dawno przestały być forma pamiętnika, przekazem niebanalnych informacji a stały się kanałem reklamującym produkty, począwszy od mydła a skończywszy na butach. Tak samo jak nie wiedziałam, że zdobyte nagrody decydują 
o ,,być lub nie być'' dla blogera. 
Czy naprawdę nie wystarcza już, że ludzie chcą słuchać co mamy do przekazania? Że możemy swobodnie, bez zahamowań wypowiedzieć swoje przemyślenia i przeżycia? Czy my czytelnicy musimy udowadniać nasze zainteresowanie wysłanym sms-em? 
Być może moje staroświeckie poglądy sprowadzają się do tego, że nigdy nie dorobię się wielkiego majątku, ale  trudno zaryzykuję ;)

poniedziałek, 2 lutego 2015

Polubić zimę

Za zimą nie przepadam i nigdy wcześniej zimy nie lubiłam. Nie uprawiam żadnych zimowych sportów, nie znoszę mrozów, tych grubych i ciężkich ciuchów, które trzeba zimą na siebie wkładać. 
Nie lubię tych krótkich dni i niekończących się wieczorów, odśnieżania parkingu i brak słońca. 

Ale taką zimę jaka jest w tym roku jestem w stanie tolerować a nawet polubić:) 

Kiedy wczoraj rano otworzyłam oczy i zobaczyłam za moim oknem tak cudnie
 ośnieżone drzewa, biegiem wyskoczyłam z łóżka po aparat w obawie,
iż za chwilę ten obrazkowy widok może zniknąć.

Taka zima kiedy temperatura waha się w granicach od 0 do -3C i kiedy sypie albo już spadł śnieg oblepiając wszystko wokoło wygląda urokliwie, magicznie i nastrojowo.

W taką zimę jeszcze bardziej uświadamiam sobie jak cudne miejsce wybraliśmy
na swój dom i wiem, że tylko na wsi, a zwłaszcza w górach,
zima nabiera tak szczególnego uroku. 

W taką zimę nie czekam z utęsknieniem na pierwsze oznaki wiosny, nie odliczam dni do urlopu
 i nie robię zbyt wczesnych zakupów roślinek, które w połowie i tak nie doczekają wsadzenia
do gruntu, bo do tego czasu zdążą się popsuć :(. 

W taką zimę wiem, że pory roku znów różnią się od siebie nie tylko nazwą, w taką zimę chcę
i muszę podzielić się z Wami tym co mnie tak zachwyca :)

czwartek, 29 stycznia 2015

Urodziny

Od wczoraj jestem o rok starsza.
 Dzień moich urodzin skłania mnie do refleksji nad czasem, który mam już za sobą.
Czy to był dobry czas? Czy coś bym zmieniła gdybym mogła?
Nie. Zawsze staram się żyć z przesłaniem
 ,,Lepiej żałować,że się coś zrobiło, niż żałować że się czegoś nie zrobiło".
Tak jak pory raku, tak samo każdy etap w życiu człowieka ma swoje zalety
 i na swój sposób jest piękny. Dzieciństwo chyba wielu z nas kojarzy się z najpiękniejszym 
etapem naszego życia - radością, beztroską i miłością rodziców.
 Moje dzieciństwo to ustrój komunistyczny, z kolejkami w sklepach, czekoladą na kartki i przedszkolem, którego nie znosiłam. Ale to również zabawy na podwórku, cotygodniowe wyjścia do teatru lalek, oranżada w torebkach, upalne wakacje u babci na wsi i zimowe szaleństwa na sankach, kiedy śnieg sięgał do kolan:)
Później nadchodzi etap nastolatków. Dla mnie to równie radosny okres, ale też czas wielkiego buntu i próba walki o wolność i zbyt szybką dorosłość;) Pierwsze prawdziwe dyskoteki, pierwsze miłości ;), czytanie po nocach, słuchanie listy w radiowej trójce, pierwsze własnoręcznie 
wykonane kreacje odzieżowe. 
Wydawało mi się, że bycie dorosłym to same zalety, bez żadnych obciążeń typu odpowiedzialność, dojrzałość i niezależność. To bardzo trudny okres dla rodziców, również i moich ;)
Etap następny, chyba najważniejszy w życiu każdej kobiety to macierzyństwo. Czas który jest niezwykle trudny i który nigdy się nie kończy, niezależnie od wieku u dziecka. 
Ten dział życia można by podzielić na rozdziały.

Rozdział pierwszy to wiek niemowlęcy - okres kiedy młoda (niekoniecznie wiekiem) matka dopiero zaczyna uczyć się wchodzenia w nową rolę. I o dziwo okazuje się wtedy, że setki stron wyczytanych w książkach i gazetach nic nam nie dały. Że tylko miłość, instynkt macierzyński, cierpliwość i czas powiedzą nam co i jak należy robić.To również czas kiedy zaczynamy zdawać sobie sprawię jak ważni są dla nas nasi rodzice. Dopiero na własnych doświadczeniach zobaczyłam ile poświęceń, czasu i lęków trzeba przejść aby wychować dziecko. 
Później nadchodzi czas kiedy dziecko nie wymaga już opieki 24 godziny na dobę (ok. trzech lat) 
i kiedy zaczęłam powoli myśleć o sobie.

 Co dalej chciałbym robić w życiu, czym się zająć, gdzie zbudować dom?
Później już czas tak szybko ucieka, że zanim się obejrzymy nasze dziecko coraz więcej czasu spędza w swoim pokoju, używa coraz bardziej niezrozumiałych słów i ma coraz bardziej wysublimowany gust co do ubioru, muzyki, literatury.

 A ja mam coraz więcej czasu dla siebie. Coraz częściej zaczynam myśleć gdzie będę mieszkać
 i żyć za 10 lat, kiedy Janek już nie będzie z nami mieszkał (innej wersji nie biorę pod uwagę)?
 Może kupię campera i będę zwiedzać świat? A może mój biznes rozwinie się na tyle, 
że zarobię kupę szmalu i zostawię interes Jankowi a sama osiedlę się w mojej ukochanej Toskanii?  A może będę już niańczyć podrzucane na każdy weekend wnuki? 
Jedynie czego będzie mi brakować to przytulanek i ukochiwań mojego Jaśka, ale odbije sobie na M :) Zatem urodziny to nie czas na żałowanie minionego czasu, lecz czas na dobre zaplanowanie przyszłości :)

wtorek, 27 stycznia 2015

Między Słowami

Wyprowadziłam się z miasta prawie sześć lat temu i jak do tej pory nie żałuje swojej decyzji.
Zmiana była ogromna. Z najbardziej znanej i uczęszczanej ulicy w centrum Łodzi, przeprowadziliśmy się na obrzeże małego miasteczka, w miejsce gdzie samochód przejeżdża 
kilka razy na dzień.
 Pierwsza różnica jaką natychmiast odczułam był spokój i ciemność  w nocy. 
W Łodzi latem nie mogłam otworzyć okna, bo do świtu słychać było pijackie krzyki
 a od piątej rano dudniły przejeżdżające tramwaje, zaś uliczne latarnie z powodzeniem 
zastępowały mi oświetlenie w domu. 
W Rabce pierwsza noc wydawał mi się wręcz przerażająca. Wszędzie otaczająca mnie ogromna ciemność i niewyobrażalna dla mnie cisza, przerywana jedynie graniem świerszczy za oknem. 
Z czasem zamontowaliśmy kilka lamp na zewnątrz a granie świerszczy i szum traw stały się dla mnie uroczym, kojącym dźwiękiem, kojarzonym ze spokojem i sielanką. 
Chyba najbardziej polubiłam wczesne wiosenne poranki, kiedy wszyscy jeszcze śpią a ja z kubkiem świeżo zaparzonej kawy chodzę po ogrodzie i podziwiam budzące się do życia roślinki. I zachody chowającego się za górami słońca, które przybiera kolory od jasnej żółci do ciemnej purpury. 

Uwielbiam świeżo wyprane i wysuszone letnim wiatrem pranie, wylegiwanie się na leżaku po dobrze wykonanej pracy w ogródku, słodki smak dopiero co zebranych słodziutkich truskawek lub zapach zerwanej cudnej lawendy. Lubię poznawać nowych ludzi, którzy przyjeżdżają do nas w gościnę, 
piec im pyszne ciasteczka i patrzeć na rozradowane buzie dzieci.
Takich chwil codzienności, które sprawiają mi wiele radości mogłabym wymieniać jeszcze długo, chwil których w mieście nie sposób doświadczyć. 
Są jednak rzeczy których czasem mi brak. 
Brak mi mamy, przyjaciół, kina, pysznych jagodzianek od SKÓRKI i ścieżek rowerowych.
Brak mi też małych klimatycznych kawiarenek, do których tak uwielbiałam chodzić na śniadanie i/lub kawę. Niestety czasem nawet najlepsza kawa, z najlepszego ekspresu w domu, nie zastąpi tego kawiarnianego klimatu. 
Ale nie jest tak tragicznie:)
 Ponieważ mój M podziela moje zamiłowanie do tego typu knajpek, zaraz po sprowadzeniu się rozpoczęliśmy poszukiwanie ciekawych miejsc. 

Udało nam się natrafić na fantastyczną kawiarnię księgarnie MIĘDZY SŁOWAMI, która nie dość, że serwuje pyszną kawę i piwko smakowe, to jeszcze prowadzą ją cudowni młodzi ludzie. 
Co prawda z początku dziwiły nas godziny otwarcia (do 17), ale właścicielka szybko dała się przekonać, na wydłużenie czasu pracy. Ponieważ dopiero rozkręcali interes kibicowaliśmy
 im z całego serca, mając nadzieję że nie będą zmuszeni zamknąć jedynego
 sensownego miejsca w Rabce:). 
Staliśmy się stałymi bywalcami i nie ma weekendu, który odpuścilibyśmy sobie 
na wizytę u Kasi i Maćka. 

To tam możemy spokojnie usiąść, wziąć książkę do ręki i poczytać w spokoju, spróbować smaku nowego piwa lub gorącej czekolady. Tam zawsze można spotkać ciekawych ludzi, dowiedzieć się co słychać w Rabce lub odpocząć na chwilę od dziecka, które zajmie się organizowanymi przez właścicielkę warsztatami dla dzieci. Latem można posiedzieć na tarasie, pobujać się w hamaku lub posłuchać wieczornego koncertu. 
Zimą zaś rozgrzać się przy kominku z grzanym winem w ręku w towarzystwie kawiarnianego miluśkiego kotka :)

I chciałoby się tylko powiedzieć, czemu tak mało jest takich miejsc w Rabce?!

sobota, 24 stycznia 2015

Angina ropna a harmonogram

Aby przywrócić moje życie i organizm do jako takiej równowagi, od paru dni kładłam się
spać o rozsądnych godzinach. Początki były trudne. Pomimo braku wieczornej sjesty,
organizm już tak przestawił się na tryb nocny, iż o spaniu nie było mowy!
 Dopiero po dwóch dniach udało mi się przespać całą noc! No więc teraz mogłam spokojnie powrócić do swoich ulubionych zajęć, a szczególnie jednego, za którym zaczynałam
już tęsknić - szycia :). Jedynie co mnie nieco martwiło, to zaczynające się lekkie przeziębienie Janka. Ale i to zmartwienie po dwóch dniach jakby zniknęło. 
Jak się jednak okazało później nie zniknęło, tylko przyczaiło. I zaatakowało mnie!
Najpierw z ukrycia, delikatnie, niby drobny katarek, jakiś ból głowy, lekka senność i tyle.
Objawy były na tyle nieistotne, iż nawet nie przyszło mi na myśl aby bronić się zawczasu. 
Na następny dzień doszły bóle mięśni, lekkie pobolewanie gardła i brak apetytu.
Raptem poczułam się, jakby wszystkie te nieprzespane noce, siłą chciały odebrać sobie
zabrany im czas. Przespałam więc praktycznie całą niedzielę. 
Ponieważ jednak, przeczuwałam już co może się święcić, nałykałam się różnych specyfików,
 które zazwyczaj sprawiały, że dnia następnego czułam się jak nowo narodzona ;)
Jakże wielkie było moje zdziwienie kiedy rano nie tylko nie byłam zdrowa, to w dodatku,
 czułam się jakbym bardzo ostro balowała przynajmniej z tydzień, a międzyczasie spała
 na mrozie i piła lodowate napoje, które zamroziły mi głowę i gardło!
Temperatura sięgała 39,5C. Było mi na zmianę zimno i gorąco a faszerowanie lekami
dawało ulgę na max. 4 godz. i zbicie do 38,5!!! Czułam każdy mięsień ciała, zaczynając od palców stóp a kończąc na powiekach. 
Chorowanie, jak każdemu, tak i mnie nie jest obce, tym bardziej, że jako matka przy dziecku raczej nigdy nie miałam czasu na leżenie i rozczulanie się nad sobą. Brało się leki i leciało do szkoły, sklepu czy też z łopatą do odgarniania śniegu. 
Tym razem jednak nie było mowy nawet o tym aby wstać i ugotować zupinę Jakowi. 
Mój dzielny jedenastolatek dostał szkołę życia i sam od samego rana musiał szykować się do szkoły, później sam do niej iść (1,5km!). Po przyjściu ze szkoły spacer z psem, telefon do zaprzyjaźnionej knajpki po obiad i tak dalej. Szczerze mówiąc to chyba jedyna zaleta, z tego mojego chorowania :)
Niestety pech chciał, że o wizycie do lekarza nie było co marzyć wcześniej, niż dopiero trzeciego dnia od rozpoczęcia mojej choroby. Niepokoiło mnie to z jednego powodu - stan mojego gardła był już na tyle zły, iż nie było mowy o zjedzeniu czegokolwiek, ale również od dwóch dnie praktycznie nic nie piłam. Próba przełknięcia choćby śliny sprawiała wrażenie jakbym piła środek żrący do czyszczenia toalet! Odnosiłam wrażenie że moja szczelina w gardle zawęża się tak szybko, że niedługo nie będę mogła nawet oddychać! 
Ponieważ byliśmy sami z Jaśkiem bałam się, co się z nim stanie jeśli np. stracę przytomność z powodu wysokiej temperatury, lub zacznę się dusić. 
Na szczęście trzeciego dnia chorowania udało mi się dostać do lekarza. Po wstępnym przedstawieniu objawów i zajrzeniu w gardło ogłosił diagnozę. Klasyczna angina ropna.
CO?!!! To ja tyle się wycierpiałam przez jakąś głupią anginę?!!! No ale przecież brałam jakieś antybiotyki na przeziębienie, które zawsze mi pomagają, a tym razem nic!
- Tak proszę pani, bo na anginę to tylko te z grupy penicyliny i żadne inne, mogą pomóc :)
Szybko więc wzięłam wypisane recepty i udałam się do sąsiadującej z przychodnią apteką. 
Musiałam wyglądać naprawdę fatalnie, bo pani stojąca w kolejce za mną, zaproponowała abym sobie usiadła i napiła się trochę wody. (co nigdy wcześniej mnie nie spotkało)

Dwa dni od rozpoczęcia kuracji jestem zupełnie jak nowa :)
Czemu jednak nawiązuję tu do poprzedniego postu? Otóż, ponieważ ostanie całe cztery doby spędziłam głównie na spaniu i znowu chcąc nie chcąc należę do szacownego grona ,,nocnych marków,,. I znowu moje plany organizacyjne wzięły w łeb! I znowu muszę poprzestawiać sobie dzień z nocą! Tylko czy się opłaca? Przecież za trzy tygodnie ferie zimowe i znowu wolne....